Cashflow (a dokładniej Cashflow 101) to gra planszowa stworzona przez Roberta Kiyosaki'ego, autora bestsellera "Bogaty ojciec, biedny ojciec". Gra planszowa miała być odzwierciedleniem finansowego życia każdego z nas. W tej grze można inwestować w nieruchomości, w akcje, fundusze, lecz nie pominięto także życiowych sytuacji, takich jak wojna, dziecko, utrata pracy... Celem gry jest ucieczka z tzw. wyścigu szczurów i znalezienie się na tzw. szybkim torze (gdzie przychód pasywny jest większy od kosztów utrzymania). Wiele słyszałem na jej temat, lecz nigdy nie miałem okazji spróbować swoich sił, aż do niedawna, gdy na mojej uczelni miałem okazję w nią zagrać.
Moje odczucia? Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie ta gra - pozytywnie. Na początku losowo wybieramy zawód - to on na początku odzwierciedla nam wysokość zarobków, dzięki którym możemy inwestować. Mi - jak się okazało - szczęśliwie trafił się zawód prawnika. Zaczynamy od wyjścia z wyścigu szczurów, gdzie po drodze upominałem się o wypłatę, nadarzały się okazje inwestycyjne, dał o sobie znać rynek. Na szczęście nie trafiło mi się ani dziecko, ani utrata pracy :)
W miarę upływu czasu powoli zaczynałem rozumieć o co tak właściwie chodzi. I jak z tego wyścigu szczurów się wydostać. Według zasad gry bodajże każda godzina gry to 10 lat życia. Właśnie po ponad godzinie, może nawet dwóch, miałem w posiadaniu pięć nieruchomości, dzięki którym byłem w stanie z wyścigu szczurów się wydostać. Nie było łatwo, powiem szczerze, trzeba było zdecydować się na małe, bądź wielkie okazje.
Miałem w grze taki przypadek, gdzie mój kolega, jako menadżer (zarabiał na czysto ok. 900$, gdzie ja zarabiałem na czysto ponad 2500$) przez cały praktycznie czas był na skraju bankructwa, wciąż wydawał i wydawał. Aż podczas jednej kolejki trafiła mu się oferta kupna domu, z którego dochód pasywny daleko przekraczał jego koszty. Wyszedł, co prawda jako ostatni z nas grających z wyścigu, lecz to on wygrał grę. A ja miałem przecież większe szanse. Jak w życiu - raz jest się biednym, a raz ma się szczęście. Jemu wystarczyła tylko jedna okazja. Ja musiałem męczyć się z pięcioma nieruchomościami, bo innych okazji nie miałem.
Inny kolega po godzinie gry miał już dwójkę dzieci i dług w banku, jednak także wyszedł z wyścigu. Zaś jeszcze inny ze mną grający dwa razy stracił pracę.
Wnioski, jakie wyciągnąłem z gry:
- akcje są świetnym interesem na szybki wzrost majątku pod warunkiem, że całą późniejszą sumę przeznaczymy na kolejne inwestycje w nieruchomości
- ci, którzy mieli bardzo niskie koszty utrzymania mieli znacznie łatwiejszą drogę wyjścia z wyścigu, jednak zarabiali znacznie mniej, co summa summarum równoważyło szanse z innymi graczami
- zacząłem patrzeć na nieruchomości nie jako "kup i czekaj na sprzedaż" ( a tak działałem przez pierwsze pół godziny), lecz jako dobre źródło pasywnego dochodu. Z czasem myślałem nawet nad wzięciem kredytu na zakup ciekawej nieruchomości oraz patrzyłem na finanse pod kątem późniejszych potknięć, które mogły się przytrafić
- Inaczej wydawałem pieniądze, inny był ich cel, niż zazwyczaj. Ten inny kąt myślenia utkwił mi podczas gry najbardziej w głowie.
0 komentarze:
Prześlij komentarz